(The Producers)
musical w 2 aktach

libretto: MEL BROOKS I THOMAS MEEHAN

muzyka i teksty piosenek: MEL BROOKS

oryginalna reżyseria i choreografia: Susan Stroman

w porozumieniu ze Studio Canal

 TRZY NOMINACJE DO ZŁOTYCH MASEK 2010:

ZŁOTE MASKI 2010 DLA MICHAŁA ZNANIECKIEGO I DARIUSZA NIEBUDKA!

 
WYRÓŻNIENIE DLA KATARZYNY HOŁUB JAKO NAJLEPSZEJ AKTORKI DRUGOPLANOWEJ W RANKINGU "Naj Naj Naj IV Festiwalu Teatrów Muzycznych w Gdyni 2011"
 
o występie w Gdyni – czytaj tutaj...
 
Musical Mela Brooksa według jego filmu „Producenci” (The Producers) z 1968 roku. Legendarny filmowiec podjął się samodzielnego napisania musicalu namówiony przez przyjaciół – Mel Brooks był autorem słów i muzyki do piosenek we wszystkich swoich filmach. „Producenci” to jego fabularny debiut, nagrodzony – pomimo kontrowersji – Oscarem za najlepszy oryginalny scenariusz. Nagroda była równie uzasadniona, co kontrowersje. Film opowiada o parze żydowskich hochsztaplerów szykujących skok na kasę w niecodziennym stylu: wystawiając na Broadwayu przedstawienie, które padnie w dniu premiery, producenci „wystawiają” do wiatru swoich inwestorów (a raczej inwestorki, ale to osobny temat). I zgarniają nadwyżkę (czytaj: cały budżet minus koszt premiery). Niezły pomysł, ale to dopiero początek kłopotów tytułowych producentów oraz... Brooksa scenarzysty. Nieposkromiony prześmiewca wrzucił do jednego worka Żydów i neofaszystę, gejów i jurne staruszki. Tytułowi producenci to nowojorscy Żydzi – cwaniak z Boadwayu i niewinny księgowy. Faszysta jest autorem sztuki – dodajmy: najgorszej sztuki wszech czasów. Nosi ona tytuł „Wiosna Hitlera” i nie ma ani jednego racjonalnego powodu, żeby przetrwała o jeden dzień dłużej niż premiera. Nie uprzedzajmy jednak wypadków. Tym bardziej, że mamy jeszcze gejów – zebranych wokół charyzmatycznej postaci „najgorszego reżysera na świecie” – oraz nieszczęsne inwestorki. Same staruszki. Bardzo jurne staruszki... Ich przeciwwagą – jurną przeciwwagą – jest olśniewająca Szwedka, która uprawia seks od 11:00 rano.

Tylko Mel Brooks mógł stworzyć podobną łamigłówkę i tylko on mógł ją rozwiązać, chociaż rozwiązania zdradzać nie zamierzamy. Debiutancka fabuła autora i reżysera zapadła w pamięci kinomanów do tego stopnia, że niektóre powiedzenia z dialogów weszły do języka codziennego w USA. Największą, bo światową już karierę, zrobiło określenie „kreatywna księgowość” – raczej niefortunnie spopularyzowane poprzez spektakularne bankructwo przedsiębiorstwa Enron w 2001 roku. Tytuł znanej płyty zespołu U2, „Achtung Baby” pochodzi z dialogów w filmie. Dr. House – lekarz z serialu, woła po udanej rozmowie kwalifikacyjnej „Mamy Hitlera!”. To też Mel Brooks.

Jest tego więcej. Niektóre sceny odrzucone ze scenariusza powróciły w musicalu (m.in. niesławna „Przysięga Zygfryda”). Znacznie rozbudowano partię Szwedki, co niewątpliwie ucieszyło musicalową publiczność (w filmowej wersji musicalu zagrała ją olśniewająco Uma Thurman). Film „Producenci” (2005) to film muzyczny według musicalu według filmu fabularnego. Tylko Mel Brooks mógł stworzyć coś podobnego.

Musical „Producenci” zdobył 12 nagród Tony – najwięcej w historii Broadwayu! 

MEL BROOKS – producent (!), scenarzysta, aktor, kompozytor, autor piosenek, librecista. Urodzony w 1926 roku na Brooklynie (Nowy Jork) jako Melvin Kaminsky w żydowskiej rodzinie o korzeniach galicyjskich. Poczucie humoru wyrobił sobie jako cechę „przetrwalną” – był małym i chorowitym chłopcem. Rozpoczynał jako komediant, pisał dla telewizji. Tworzy od początku charakterystyczne kino autorskie – jest reżyserem, scenarzystą i gra w większości swoich filmów. Porównywany do Woody’ego Allena reprezentuje jednak kinematografię bardziej rozrywkową, specjalizuje się w parodiach gatunków, słynie z humoru słownego (jego dialogi skrzą się od wielu nieprzetłumaczalnych kalamburów). Największą sławę w Stanach Zjednoczonych zawdzięcza filmom z 1974 roku: „Płonące siodła” i „Młody Frankenstein”. Jego fabularny debiut, „Producenci” wszedł do kanonu tzw. filmów kultowych, natomiast znakomita „Historia świata, cz. 1” nie została zrozumiana w USA, zbierała za to entuzjastyczne recenzje w Europie. Działalnością bardziej „poważną” zajął się jako... producent (m.in. „Człowiek-słoń” Davida Lyncha). Mel Brooks jest jednym z dziewięciu artystów w dziejach, którzy zdobyli Wielką Czwórkę (GATE) nagród amerykańskiego showbiznesu: Grammy, Academy (Oscar), Tony i Emmy. Jego musical „Producenci” (2001) nominowany był do 15 nagród Tony, otrzymał 12 Tony Awards. Najwięcej w historii Broadwayu!


Duża Scena

Czas trwania: 180 min. z 1 przerwą

przekład: Daniel Wyszogrodzki
reżyseria:
Michał Znaniecki
choreografia:
Piotr Jagielski
scenografia:
Luigi Scoglio
kostiumy:
Ilona Binarsch
kierownictwo muzyczne:
Jerzy Jarosik

polska prapremiera: 28 czerwca 2009

 

obsada:
Max Białystok: Jacenty Jędrusik w dniach 14-18 i 26 grudnia 2011 / Dariusz Niebudek (gościnnie)
Leo Bloom:
Paweł Strymiński (gościnnie) w dniach 14, 15 i 16 grudnia 2011 / Sebastian Ziomek w dniach 17, 18 i 26 grudnia 2011
Ulla Swanson: Barbara Ducka w dniu 16 grudnia 2011 / Katarzyna Hołub w dniach 14, 15, 17, 18 i 26 grudnia 2011
Roger de Bill: Dariusz Niebudek (gościnnie) w dniach 14, 15, 18 i 26 grudnia 2011 / Jarosław Czarnecki w dniach 16 i 17 grudnia 2011
Carmen Yola: Sebastian Ziomek  14, 15, 15 grudnia 2011 / Kamil Baron w dniach 17, 18 i 26 grudnia 2011
Ekipa Rogera:
Izabella Malik, Marek Chudziński, Bartłomiej Kuciel, Krzysztof Włosiński
Franz Liebkind:
Adam Szymura
Macaj Obracaj:
Stanisława Łopuszańska (gościnnie) / Anna Ratajczyk
Trzy jurne staruszki:
Ewa Grysko, Anna Ratajczyk, Alona Szostak
Marks / Sędzia / Johann / Zarządca więzienia:
Andrzej Kowalczyk
Jack, policjant:
Dominik Koralewski
Żołnierz:
Marcin Wawrzynowicz
Pianistka:
Lena Minkacz
oraz
Katarzyna Buczkowska, Jolanta Gabor-Chavez, Natalia Gajewska, Beata Jabłońska-Rakoczy, Katarzyna Korzec, Natalia Kurzawa, Małgorzata Mazurkiewicz, Małgorzata Ochabowicz, Larysa Policińska, Sonia Sosna, Barbara Duszczak, Emanuela Żukowska, Sebastian Chwastecki, Tomasz Drożdż, Kamil Guzy, Kryspin Hermański, Grzegorz Kaczmarczyk, Jakub Lewandowski

zespół wokalny i orkiestra Teatru Rozrywki pod dyrekcją Jerzego Jarosika

PRODUCENCI (THE PRODUCERS) – przedstawienie w ramach umowy z Music Theatre International (MTI). Wszystkie autoryzowane materiały zostały dostarczone także przez MTI. 421 West 54th Street, New York, NY 10019, tel.: 212 541-4684, fax: 212 397-4684, www.MTIShows. com


recenzje:

Na IV Festiwalu Teatrów Muzycznych mieliśmy okazję oglądnąć rzeczy wielkie, nieistotne i ku uciesze. Niewątpliwie „Producenci” należą do tej trzeciej grupy, którą streścić można by jako klasyczną sztukę muzyczną aspirującą do tytułu mistrza gatunku.Brooks osiągnął trudno dostępny dla wielu sukces, opowiadając o dwóch kreatywnych inaczej mężczyznach. Max Białystok i Leo Bloom dążą za wszelką cenę do osiągnięcia gigantycznej klapy artystycznej, nie mylić z finansową. Diabelski pomysł zasadzał się na intrydze wyprodukowania z pełną świadomością gniota teatralnego, który po premierze miał zostać zmiażdżony przez krytykę, zdjęty z afisza i nigdy już nie wystawiany, natomiast zyski z „procesu produkcyjnego” (czyli zbierania pieniędzy od „inwestorów” o średniej wieku 70 lat) zgarnięte miały być przez parę „konceptualistów”. Cóż, nie przewidzieli wszystkiego, choć obaj dzielnie znieśli najbardziej wymagające testy wpisane w zawód producenta. Złożyli przysięgę Zygfryda, bawili się w faszystów, kupili scenariusz zakrawający na miano najgorszego wszech czasów, adorowali beznadziejnego reżysera teatralnego, podpisując z nim kontrakt, zatrudnili niespełna rozumku, „bardzo utalentowaną” Szwedkę Ullę Swanson, Max Białystok intensywniej niż dotychczas podjąć się musiał roli usłużnego bawidamka i rozpustnika, aby zdobyć upragnioną fortunę. Nie popełniając właściwie żadnego błędu, przegrali, lecz tylko pieniądze.
Reżyser Michał Znaniecki pokazał poprawny gatunkowo i artystycznie spektakl, z wieloma smakowitymi scenami. Przekład Daniela Wyszogrodzkiego zasługiwać może na uznanie, choć ilość tekstu w wielu momentach była nieuzasadniona. Szatańska intryga śmieszy wszystkich, nawet nas, traumatycznych Polaków, historię najczęściej odbierających na serio i bez dystansu , szczególnie Hitlera i jego niszczycielską doktrynę. Komiczny jest casting do roli Adolfa, którego uczestnikami są dewianci, dziwacy i kompletni amatorzy sztuk wszelakich, czyli poszukiwani ryzykanci w planie Maxa i Leo. Śmieszą gołębie ze swastykami na skrzydłach, bawi Ulla (Katarzyna Hołub) urokliwie kalecząca język i ściągająca wzrok publiczności swoimi wdziękami, przeurocze są niektóre staruszki-inwestorki (na szczególne uznanie zasługuje 90-letnia aktorka Stanisława Łopuszańska, z wigorem i wdziękiem poruszająca się po scenie; brawo za fantazję przyjechania na FTM). Zadziwienie wzbudzają niezwykle wysokie tancerki z liczydłami na głowach, o gabaryt
ach wykraczających poza standardy. Scenografia Luigio Scoglioniego wydobywa groteskowy charakter musicalu. Majstersztykiem jest nawiązująca stylowo do „Metropolis” dekoracja w scenie rozgrywającej się w biurze, w którym pracuje Bloom czy dom schadzek Maxa ze staruszkami. Ciekawy scenograficznie jest również pokoik Maxa producenta. Kostiumy Ilony Binarsch w castingu, podczas wystawiania "Wiosny Hitlera” czy sukienka de Billa (stylistycznie nawiązująca do katowickiego Spodka; na głowie de Bill nosił dumnie kapelusik a’la pomnik Powstańców Śląskich w Katowicach) to godna pochwały koncepcja dbałości o detale.
Aktorsko wyróżnia się Jacenty Jędrusik. Przekonywująco,trochę w starym stylu, gra urokliwego wyjadacza w showbiznesie, który stosuje zasadę, że cel uświęca środki. Jędrusik grał Maxa lekko, organizując działania sceniczne wszystkich postaci. Wyróżnili się również Dariusz Niebudek w roli Rogera de Billa i Sebastian Ziomek jako Carmen Yola, grających emocjonalnie chwiejnych homoseksualistów. Miłym zaskoczeniem było finałowe pokazanie się na scenie orkiestry Teatru Rozrywki.Zawiódł na całej linii Antoni Szymura w roli Franza Liebkinda, faszystowskiego autora "Wiosny Hitlera".
Sceniczni „Producenci” zawierają wiele elementów brooksowego stylu.Absurd i wulgarne dowcipy (szczególnie na temat seksu) przemieszane są z łzawym i sentymentalnym „musicalowaniem”. I chyba współwystępowanie tych dwóch, wykluczających się estetyk, stanowi o wyjątkowości tytułu. Brooks zrobił klasyczny, mainstremowy musical i przemycił do niego elementy swego oryginalnego poczucia humoru. Dzięki temu udało się uniknąć katastrofy w tym bardzo karkołomnym przedsięwzięciu, jakim jest sztuka o Hitlerze, choć trzeba przyznać, że osoby o mniejszym poczuciu humoru mogłyby się czuć dotknięte widokiem uradowanego Adolfa Hitlera na scenie. To obok „Spamalota” według Monty Pythona najbardziej zwariowany i udany przykład przekroczenia estetycznego w dziejach musicalu. Więcej...
(Katarzyna Wysocka, Gazeta Świętojańska Gdynia)

 
I jeszcze o "Producentach" na 4. Festiwalu teatrów Muzycznych w Gdyni - czytaj tutaj...
* * *


W chorzowskim Teatrze Rozrywki odbył się prapremierowy w Polsce spektakl musicalu pt. Producenci.
To była zadyma w... dobrym stylu. Trzy i pół godziny balansowania na wszelkich możliwych granicach - obyczajowej, teatralnej, towarzyskiej - i ani jednego upadku!
Polska premiera musicalu Mela Brooksa Producenci w chorzowskim Teatrze Rozrywki (spektakl prapremierowy odbył się w niedzielę, 28.06.) powstała w zawrotnym tempie - próby trwały dwa miesiące, a rzecz wygląda jakby pracowano nad nią pół roku. Kapelusz z głowy przed wszystkimi zespołami Teatru Rozrywki. Kapelusz zdjąć wypada i przed Dariuszem Miłkowskim, który zdecydował się Producentów wystawić. Sztuka znana jest w Polsce od lat i wielu dyrektorów pałało żądzą jej realizacji. Nikt się jednak nie zdecydował. Powszechnie sądzono, że jest zbyt kontrowersyjna, a polska publiczność może poczuć się nią dotknięta.
Tymczasem sztuka Brooksa nie jest brutalną rozgrywką z konkretnym środowiskiem czy grupą społeczną. To tylko zwierciadło (mocno wykrzywiające) podstawione nie tyle ludziom, co utartym schematom, jakie mamy na ich temat. Jeśli więc Żydzi - to pazerni krętacze; jeśli geje - to zniewieściałe dziwaki; jeśli staruszki - to niewyżyte seksualnie wariatki; a jeśli długonogie blondynki - to mózg mają pod szlafroczkiem. Tak myślicie, zdaje się pytać Brooks, to ja wam te schematy wyolbrzymię i pokażę, że wszyscy oni, razem wzięci, fajniej żyją niż wy - poukładani ludzie.
Natomiast scenariusz Producentów rzeczywiście prowokuje do reżyserskiej szarży, która inteligentną kpinę szybko może zmienić w wulgarne żarcisko. Jeśli chwalić Michała Znanieckiego, reżysera Producentów, a chwalić trzeba, to w pierwszej kolejność za wyczucie stylu i smak, dzięki którym ominął pułapki dosłowności. Portrety są ostre, ale zabawne. Przywary wyolbrzymione, ale dalekie od chamskiej karykatury. Tekst - przekład Daniela Wyszogrodzkiego bardzo się inscenizacji przysłużył - pełen zaś pikantnych żartów, nie wali jednak po uszach grubiaństwem.
Treścią musicalu są perypetie dwóch producentów, którzy postanawiają wyreżyserować klapę, doprowadzić do zdjęcia sztuki z afisza, a potem zwiać z forsą (wyłudzoną od żądnych miłosnych przygód staruszek) do Rio. Sztuka, którą wybierają, to zdaje się był ten najwrażliwszy punkt Producentów, który blokował polskich realizatorów. Bo Max i Poldek decydują się na szmirę pt. Wiosna Hitlera. Na scenie pojawiają się więc swastyki, hitlerowskie pozdrowienia i mundury etc. W chorzowskiej inscenizacji to jednak najzabawniejszy fragment całości i jedyny dopuszczający karykaturę w wymiarze full. Michał Znaniecki w stu procentach zrealizował życzenie Mela Brooksa, który brał odwet na Hitlerze poprzez jego ośmieszenie.
Takiej interpretacji reżyser podporządkował formę, która momentami przypomina szaleństwo. Spektakl toczy się w takim tempie, że widz żałuje, iż ma tylko jedną parę oczu. Aktorzy grają rewelacyjnie i to w każdym planie! Para protagonistów - Jacenty Jędrusik (wyjadacz Max Białystok) i Paweł Strymiński (Leo Bloom, producent debiutant) oparta na klasycznym kontraście zachowań i postury, to aktorska brawura plus... znakomita dykcja.
I jak tu nie polubić tych cudownie barwnych wydrwigroszy, którym aktorzy serce wprost oddają (nie przestając, jako postacie, kalkulować)? Prześmieszną postać reżysera de Billa, a potem scenicznego Hitlera, wykreował Dariusz Niebudek; ostrą kreską, ale z wyczuciem granic żartu. Kapitalną parodię sentymentalnego faszysty Franza stworzył Adam Szymura (i jego gołębie!), Szwedkę Ulle rozbroiła wdziękiem Katarzyna Hołub, wybuchową mieszaninę despotyzmu i seksapilu przywódczyni staruszek, zwanej Macaj Obracaj, koncertowo zagrała Stanisława Łopuszańska!
Wszystko w tym spektaklu pasuje jak w puzzlach. Monumentalna, superpomysłowa scenografia Luigiego Scolia, oryginalna choreografia Piotra Jagielskiego i orkiestra pod dyrekcją Jerzego Jarosika, która zebrała owację, równą ekipie aktorsko-baletowo-chóralnej. Muzyka, w której Mel Brooks bawi się motywami ze słynnych musicali (z Kabaretem na czele), to kolejny atut Producentów. I tylko jedno w tym torcie było przedobrzone - fragment grany po śląsku. Niepotrzebnie, bo sztucznie. Poza tym - frajda.

(Henryka Wach-Malicka, Polska. Dziennik Zachodni)

* * *

Dość kompleksów śląskiej prowincji! Mamy musicalowy hit, a dla ścisłości, pożądaną klapę. "Producenci" wg Mela Brooksa w chorzowskiej Rozrywce to trzy godziny świetnej zabawy.
Cholera, no to mamy hit i teraz jeszcze będą go pewnie grać przez następne dziesięć lat! - kwituje ze złością swój niepożądany sukces producent teatralny Max Białystok, którego życzeniem było stworzyć musicalową klapę i zarobić na tym miliony. Wybrał najgorszy scenariusz ("Wiosna Hitlera"), reżysera, który zgodnie ze swoimi preferencjami dodał do opowieści o Adolfie nieco homoseksualnych wątków, aktorkę, która nie mówi poprawnie po angielsku i najgorszych tancerzy w Nowym Jorku. Aha, a na widowni mieli zasiąść głównie Żydzi. Niestety - wbrew jego wszelkim staraniom, wyszedł hit. Hit wyszedł też Teatrowi Rozrywki w Chorzowie, którego "Producenci" mają zapewnioną dekadę na afiszu i prawdopodobnie niejedną Złotą Maskę.
Jak każdy sukces, tak i ten ma wielu ojców. Pierwszym z nich jest Dariusz Miłkowski, dyrektor chorzowskiej sceny. W ciągu ostatnich pięciu lat Teatr Rozrywki przygotował osiemnaście prapremier. Miłkowski wiele zaryzykował i podjął niepopularną wśród wielu dyrektorów instytucji kulturalnych decyzję, że pora skończyć z kompleksami o artystycznej, śląskiej prowincji. Wymarzył sobie i stworzył swój chorzowski Broadway, a przynajmniej najlepszy teatr muzyczny, na jaki go stać wykorzystując dostępne finanse i potencjał własnego zespołu. Okazało się, że stać nas na satyrę Mela Brooksa, którą na Broadwayu grano sześć lat (ponad 2500 wystawień!) i nagrodzono dwunastoma statuetkami Tony.
Stać nie tylko na tę wyjątkowo dochodową klapę, ale też chorzowski zespół stać na pełen profesjonalizm. Kiedy w niedzielę po prapremierze publiczność kolejny raz biła brawo zespołowi, połowa aplauzu była podziękowaniem za wyśmienitą rozrywkę, druga połowa zaś za ciężką pracę. Po trzech godzinach spędzonych w teatrze miałam wrażenie, że wszystkie kilkadziesiąt osób dało z siebie to, co najlepsze. Sprawiali przy tym wrażenie, że robią to bez ogromnego wysiłku. Ot, talent przerodził się w profesjonalizm.
Drugim ojcem sukcesu "Producentów" jest reżyser Michał Znaniecki. Po raz trzeci współpracuje z Teatrem Rozrywki i w pełni korzysta z danej mu swobody przy nielicencyjnej wersji musicalu (broadwayowską choreografię stworzył Piotr Jagielski zaś scenograficzne rarytasy przygotował Luigi Scoglio). Na konferencji prasowej reżyser przyznał, że dzieło Brooksa to "samograj i maszynka do robienia pieniędzy". Owszem, pod jednym jednak warunkiem - że spektakl będzie dobrze zrobiony i nie straci swojego zawrotnego tempa. A tego chorzowskiej inscenizacji nie brakuje.
Wszystko za sprawą doborowej obsady. W rolę bezdusznego show-biznesmena Białego wciela się Jacenty Jędrusik - bez wątpienia aktorska osobowość Rozrywki. W "Producentach" partneruje mu Paweł Strymiński (gościnnie z muzycznej Romy), który jest wręcz stworzony do roli Blooma - nieśmiałego i pedantycznego księgowego, który marzy skrycie by zostać producentem na Broadwayu. Z połączenia tych dwóch wokalnych i scenicznych temperamentów wyszedł majstersztyk. Na drugim, trzecim, czwartym planie znajdziemy role równie świetne. Katarzyna Hołub bez zarzutu gra "szwietną Szwedkę", a do teatralnej historii przejdzie na pewno Adam Szymura z bawarskimi szlagierami (np.: "Haben Sie gehört das deutsche Band?"), nie wspominając o całej paradzie artystów-gejów, która przetacza się przez scenę u Brooksa (w tej wykpionej do granic kreacji Dariusz Niebudek, Sebastian Ziomek i Bartłomiej Kuciel).
Można bez końca mnożyć udane inscenizacyjne detale, songi czy sceny. Jednak "Producenci" to nie tylko rozrywka na najlepszym poziomie. Dla wielu musical to wciąż jedynie muzyczno-taneczna składanka sceniczna. Ale nie wolno zapominać, że nierzadko przybiera ostrą i wyjątkowo niepoprawną politycznie formę. Wiedzą o tym doskonale Anglicy i Amerykanie, którzy właśnie na West Endzie i Broadwayu szukają dobitnych komentarzy do współczesnych wydarzeń. W czasach, kiedy kolejne biesiady kabaretowe przekraczają granice artystycznej przyzwoitości, szczęśliwie musical w Polsce ma się coraz lepiej. A wyjątkowo dobrze ma się na Śląsku. Wystarczy zerknąć na repertuar Rozrywki i Gliwickiego Teatru Muzycznego.

(Aleksandra Czapla-Oslislo, Gazeta Wyborcza Katowice)

* * *

Wybór "Producentów" to nie była łatwa decyzja. Wprawdzie musical święcił triumfy na Broadwayu a jego twórca Mel Brooks zgarnął aż 12 nagród Tony (przyznaje je grono 700 ludzi z różnych gałęzi przemysłu rozrywkowego i prasy!), dystansując nawet takich mistrzów jak Stephen Sondheim (scenarzysta musicali Company, Follies, A Little Night Musie, autor tekstów piosenek m.in. z West Side Story) czy Andrew Lloyd Webber (kompozytor muzyki Evity, Jesus Christ Superstar i najbardziej kasowych w historii - Kotów i Upiora w operze), to jednak obawy dotyczące treści musicalu i jej akceptacji na naszym rodzimym gruncie, mogły być wielce uzasadnione. Nie wiem, czy dyrektorowi Dariuszowi Miłkowskiemu towarzyszyły rozterki, ale dziś może przyjmować gratulacje – to był strzał w dziesiątkę.
Polska prapremiera Producentów w chorzowskiej "Rozrywce" bawi i zapewne bawić będzie długie lata, ponieważ jest to znakomity, z najwyższej muzycznej półki spektakl.
Skąd więc obawy? Brawurowa opowieść o dwóch Żydach hochsztaplerach, którzy chcąc dorobić się majątku postanawiają wyprodukować musical, który nie może się spodobać i zarobić dużą kasę, ale ma ponieść klapę, i to druzgocącą! Odwołując się do najstarszego stereotypu - przebiegłego, zaradnego i niezwykle utalentowanego w dziedzinie zbijania fortuny Żyda - komu, jak komu, ale im ten przewrotny interes powinien się udać. Przepis na "kit" jest prosty: znaleźć najgorszą sztukę, oddać ją w ręce najgorszego reżysera, który dobierze najgorszych twórców: scenografa, choreografa, kompozytora, zatrudnić najgorszych aktorów i klapa gotowa. Mel Brooks zachłannie dorwał się do wszelkich stereotypów, aby upajać się radością łamania jednego po drugim, nie odbierając jednak swoim bohaterom sympatii widzów.
Przez scenę przetaczają się tłumy histerycznych gejów, lesbijek, niezaspokojonych erotycznie staruszek, fanatycznych neofaszystów z Adolfem Elżbietą Hitlerem na czele, znalazło się i miejsce dla długonogiej blondynki. Zwierciadło najbardziej kontrowersyjnych postaci życia obyczajowego, by nie rzec - obyczajówki. A jednak to obraz ani odrażający, ani niesmaczny, a wręcz przeciwnie - wykreowany świat jest urokliwy, a co najważniejsze sympatyczny, ciepły, chwilami sentymentalny. Max Białystok, podupadły producent, w którego postać wcielił się niezrównany Jacenty Jędrusik, bardziej wzbudza współczucie niż potępienie. Stary wyjadacz showbusinessowych zawiłości ciężko "pracuje", zdobywając środki na realizację spektaklu. Jego młodszy partner Leo Bloom przeistacza się z bezwolnego "gryzipiórka", pogrążonego w księgach podatkowych w uskrzydlonego radością spełniania swoich marzeń światowego bywalca i lwa salonowego. W tej roli wystąpił gościnnie Paweł Strymiński (aktor Teatru Muzycznego Roma w Warszawie), podbijając publiczność młodzieńczym temperamentem i niezwykłym głosem. W Producentach wszystko jest możliwe, nawet zdeterminowany chęcią zdobycia fortuny, sławy i miłości Żyd, miast pławić się rozkoszach Rio, dla ratowania przyjaciela da się zamknąć za kratami. A więzienie wcale nie musi być przerażające i straszne, kiedy pojawią się w nim rozrywkowi specjaliści, rozśpiewa się i roztańczy (to się nazywa resocjalizacja!). Rozbrajające staruszki (Stanisława Łopuszańska, Ewa Grysko, Anna Ratajczak, Alona Szostak) wprawdzie chodzić już prawie nie mogą, ale za zabawy z sexem w tle, które wznoszą je w krainę ułudy, dorzucają wciąż nowe "czekunia". Interes kwitnie, sejf się zapełnia, mecenasów, a właściwie mecenasek sztuki przybywa. Nawet w oryginalnym światku gejowskich twórców, reżysera Rogera de Billa (Jarosław Czarnecki) i jego ekipy początkowa histeria ustępuje miejsca wzorowej organizacji, a spektakl dociera do premiery. Autor najgorszej sztuki czyli Wiosny Hitlera, zatwardziały neofaszysta Franz Liebkind (Adam Szymura) łaknie nawet "święte" aktorskie przesądy. Tercecik składający ślubowanie, ,Haben Sie gehórt das deutche Band", już stał się hitem. Słodka blondynka, Szwedka Ulla Swanson Katarzyna Hołub) nie powala swoim małym intelektem, bo... uwodzi wdziękiem i długimi nogami.
Trudno uwierzyć, że przygotowanie spektaklu trwało zaledwie dwa miesiące, a jednak reżyser Michał Znaniecki, który już po raz trzeci gości w chorzowskim Teatrze Rozrywki (Szwagierki w 2000 r. i nagrodzony Złotą Maską 2007 Jekyll & Hyde) stworzył przedstawienie, które choć trwa ponad trzy godziny, nie nuży ani przez moment. Mimo ognistej satyry twórca nie przekroczył granic dobrego smaku, niczego nie przerysował, nikogo nie zdeptał, ani nie pogrążył. Z pobłażaniem snuje opowieść o sympatycznych dziwakach, których tak na dobrą sprawę wcale wokół nas nie brakuje. Znakomicie dostosował się do takiej wizji artystycznej zespół, z którym współpracowali Piotr Jagielski (choreografia), Luigi Scoglio (scenografia) oraz Ilona Binarsch (kostiumy).
Muzyka "Producentów" to kolejna niespodzianka Mela Brooksa, który bawi się motywami najsłynniejszych musicali świata. Orkiestra pod dyrekcją Jerzego Jarosika zbiera zasłużone brawa, choć szkoda, że tak mało ją widać. No i na koniec mała wątpliwość. Policjanci w oryginale bawią anglojęzyczną publiczność irlandzkimi cytatami. W Chorzowie zastąpiła je śląska gwara. Czy efekt jest ten sam? Choć publiczność świetnie się bawi (spektakl pracuje na to od pierwszej sceny), po opadnięciu kurtyny trudno oprzeć się pytaniu, czy ta ślonsko godka była konieczna?
Od broadwayowskiej premiery minęło 7 lat. Producenci zagościli już m.in. na scenach w Mediolanie, Atenach, Kopenhadze, Tel Aviwie, Madrycie, Pradze, Sao Paulo, Rio De Janeiro, doczekali się także filmowej adaptacji z Matthew Broderickiem i Urną Thurman w rolach głównych (nie zapominajmy, że od filmu z 1968 roku wszystko się zaczęło), a teraz przyszedł czas na polską prapremierę w Chorzowie. Jakże udaną.»
(Maria Sztuka, Śląsk)